"Komuś bardzo zależy, aby zły akt prawny dobił podpis elektroniczny w Polsce" - pisze wiceprezes PTI w relacji z prac Sejmu. Jak czytamy dalej: "17 lutego Komisja Sejmowa Przyjazne Państwo na wniosek posła Wody z PSL i pod nieobecność posła Palikota (...) przegłosowała zaniechanie prac nad gotowym projektem małej nowelizacji ustawy o podpisie elektronicznym. Projekt ten miał pozytywną opinię Biura legislacyjnego Sejmu i Biura studiów Sejmu, miał szansę wejść w życie w ciągu 2-4 miesięcy. Terminu posiedzenia kolejnego posiedzenia dotychczas nie ustalono."
Szczerze mówiąc nie wiem, czy decyzja o zablokowaniu "małej nowelizacji" jest słuszna czy nie. Debata nad nową ("dużą") ustawą podpisach zdryfowała w kierunku prawniczej kazuistyki, której nie rozumiem i przestałem ją śledzić. Prezes Paluszyński jest tej ustawie przeciwny i nawołuje do jej napisania od początku, ale wspiera małą nowelizację, która odblokuje część usług:
"mała nowelizacja ustawy o podpisie, która w trybie pilnym odblokowałaby automatyczne wystawianie e-faktur i wprowadzenie bezpłatnego podpisu elektronicznego do nowego dowodu"
Niezależnie od obecnych przepychanek nie ulega wątpliwości, że kwestia podpisów elektronicznych jest porażką wszystkich rządów od 2001 roku czyli od uchwalenia pierwszej ustawy. Przekłada się to na paraliż elektronicznych kontaktów z administracją publiczną w Polsce.
W Wielkiej Brytanii od 2000 roku, bez żadnych zaawansowanych podpisów, działa rządowy portal, przez który można załatwić mnóstwo spraw ze skutkiem prawnym. To samo w Estonii, USA, Finlandii i wielu innych krajach. W Polsce tylko Ministerstwu Finansów się ta sztuka udała (PIT-37). I to wyłącznie dlatego, że nie podlega pod regulację w KPA wymagającą podpisu kwalifikowanego nawet po to, żeby poprosić o głupi wypis z ewidencji działalności gospodarczej.
Zwłaszcza faktury elektroniczne są jedną z politycznych porażek polskiej informatyzacji - przelobbowana w 2005 roku decyzja, że muszą być podpisywane podpisem kwalifikowanym na długie lata wyeliminowała ja z polskiego obiegu gospodarczego. Podpis kwalifikowany nadaje się bowiem do podpisywania e-faktur równie dobrze jak podpis notarialny do podpisywania faktur papierowych... Tymczasem w Danii 60% wszystkich faktur w obiegu to faktury elektroniczne - bez podpisu kwalifikowanego.
Do powszechnego stosowania podpisu kwalifikowanego od zawsze przekonywały głównie polskie centra certyfikacji, dla których rzecz jasna jest to źródło dochodów. Nie ma lepszego klienta niż klient przymusowy, więc w latach 2004-2005 w wyniku dziwnych dyskusji udało się przepchnąć w ustawie o informatyzacji obowiązek by dotychczasowy darmowy dla przedsiębiorców podpis zastąpić kwalifikowanym. Do kieszeni centrów spłynęło jakieś 60-100 mln zł, a ZUS w 2004 roku wyceniał koszt dostosowania swojego KSI do nowego podpisu na 140 mln.
Zaraz potem "okazało się", że podpis kwalifikowany żadnego problemu nie rozwiązał, za to wygenerował nowe, związane z pełnomocnictwem i uprawnieniami do podpisywania deklaracji. Propozycja rozwiązania ze strony centrów - kazać firmom kupić nowe certyfikaty, tym razem atrybutów.
Próby naprawienia tego szkodliwego dla państwa i biznesu bałaganu trwają od dawna i od dawna są blokowane. Pierwszy raz słyszałem o nowelizacji ustawy o podpisie w 2004 roku. Sprawa przycichła. Za czasów PiS też zapowiadano nowelizację "już na wiosnę" i też została upchnięta pod dywan. Projekt sensownego rozporządzenia w sprawie e-faktur był gotowy w 2005 roku... i zniknął.
Obecne prace nad nową ustawą o podpisach są najbardziej zaawansowane. Mała nowelizacja mogłaby jak się wydaje przyspieszyć dostępność elementarnych usług, ale jak widać znowu komuś to przeszkadza.
Dzięki trzem prywatnym firmom czerpiącym zyski z przymusowego zakupu drogich certyfikatów od czasu uchwalenia ustawy o podpisie elektronicznym w 2002 roku kontakty obywateli z administracją publiczną przez Internet praktycznie nie istnieją. Elektroniczna skrzynka podawcza w Krakowie miała do niedawna całych 3-4 klientów. Rocznie. Wszyscy chodzą na piechotę albo wysyłają dokumenty pocztą.
Rynek nie tylko podpisu elektronicznego, ale i elektronicznych usług publicznych został przez te firmy całkowicie zniszczony dzięki forsowaniu jednego rozwiązania, którego na dodatek nie potrafią zaimplementować tak, by dało się go normalnie używać. Zamiast tego co roku urządzają nad morzem spęd dla urzędników by ich przekonywać, że na tym właśnie braku usług polega nowoczesne e-państwo i jak należy to "naprawić", to znaczy dopasować państwo do ich chybionego modelu biznesowego.
Zastanawiam się jak długo jeszcze rząd będzie chodził na pasku kilku lobbystów, gwarantujących nam usługi administracji publicznej na poziomie XIX wieku?




Dodaję do ulubionych