Dziennikarzom donoszących z euroentuzjazmem w głosie o Komisji Europejskiej, która właśnie "likwiduje biurokrację w Polsce" należy przypomnieć, że idiotycznie skomplikowane regulacje przesyłania faktur w formie elektronicznej to pomysł nikogo innego jak tejże Komisji. Nagłówki powinny więc brzmieć "KE wycofuje się ze swoich idiotycznych pomysłów".
Kosmicznie skomplikowane zasady przesyłania e-faktur europejscy przedsiębiorcy zawdzięczają nieżyciowej dyrektywie 2001/115/EC, wspartej jeszcze bardziej niepraktyczną dyrektywą 1999/93/EC. Obydwie powstały na fali europejskiej mody na drobiazgową regulację każdego aspektu rzeczywistości oraz obsesji stuprocentowego bezpieczeństwa wszystkiego, także obrotu gospodarczego. Jak widać, oba te natręctwa nieco osłabły na fali kryzysu.
I tak od dziesięciu lat wszystkie kolejne państwa członkowskie UE wydają miliony euro na nieudane próby stosowania kwalifikowanego podpisu elektronicznego (1999/93/EC) i zabezpieczonych nim e-faktur (2001/115/EC), zaś europejscy przedsiębiorcy przeklinają coraz to głupsze interpretacje lokalnych organów, które z tych dyrektyw rozumieją głównie tyle, że wszystkiego trzeba zabronić (patrz interpretacje polskich US w sprawie faktur przesyłanych emailem).
Sukces w stosowaniu e-faktur osiągnęły tylko te państwa (np. Dania), które pomimo pochrząkiwania miejscowych eurowyznawców olały obie dyrektywy i zrobiły to po swojemu. Duński OCES jest nieordtodoksyjny, ale działa - ponad 60% faktur w duńskim obrocie to faktury elektroniczne.
W przeciwieństwie do faktur 2001/115/EC tych duńskich da się normalnie używać. Dzięki temu osiągnięto realny efekt obniżenia kosztów fakturowania, który w dyrektywie występuje wyłącznie w preambule jako pobożne życzenie.
Jeśli mielibyśmy z tego wyciągnąć jakąś naukę to powinna ona być następująca: nie bójmy się spierać, negocjować lub wręcz naginać europejskich dyrektyw. Robią to wszystkie państwa europejskie, dla których udział w Unii jest sposobem na rzeczywiste osiągnięcie korzyści dla swoich obywateli, a nie masochistyczną formą leczenia postkolonialnych kompleksów "niedostatecznej europejskości".




lektura dyrektyw w j. ang. pokazuje, że pozostawiają one sporo swobody państwom członkowskim. Rzecz raczej w nazbyt restrykcyjnej interpretacji wspólnotowego prawa przez polskich urzędasów albo braku dobrych tłumaczy.
A dyrektywa była negocjowana, przecież jej przyjęcie wymagało zgody Rady Unii Europejskiej.