Mówiąc o zjawisku biurokracji unijnej można powoli zacząć wyróżniać pewne zachowania mające charakter natręctw lub też manii, których efekty są wyraźnie widoczne w produkowanych w Brukseli przepisach. Pierwszą z nich jest Mania Aseptyczna.
Podczas podróży po Rosji czy Ukrainie nieodłącznie zaskakują mnie wysokie walory smakowe jedzenia serwowanego w różnych przybytkach kulinarnych począwszy od restauracji a skończywszy na przydrożnych barach. Nigdy nie miałem okazji poskarżyć się na wielkość porcji czy świeżość mięsa lub śmietany obficie serwowanej w sosach. W najobskurniejszych barach nie spotkałem się z daniami z produktów mrożonych, "z torebek" czy innych wynalazków, którymi z braku innych alternatyw zajada się Europa.
W Europie obserwuję tendencję całkiem odwrotną - porcje się zmniejszają, podobnie jak zawartość mięsa w "mięsie", czego koronnym przykładem są w pełni zgodne z unijnymi normami "kiełbasy" w cenie 4,99 zł/kg leżące koło mięsa po 15 zł/kg, z którego rzekomo zostały wykonane. Ten ekonomiczny fenomen wyjaśnia dopiero lektura etykietki, na której czołowe miejsca zajmuje krochmal, mączka sojowa, hydrolizat białkowy czy "mięso oddzielone mechanicznie od kości", którym to produktem bałbym się nakarmić psa.
Łatwo jednak zrozumieć i producentów wędlin i restauratorów obserwując wysokie wymagania, jakie nakłada europejskie prawo na producentów żywności i - szczególnie - restauratorów.
Poza Europą do uruchomienia szaszłykarni w parku wystarcza zwykle a) grill, b) szampury, c) mięso na szaszłyki. Inwestycja niewielka i sprzedawca może swobodnie zainwestować w co delikatniejsze rodzaje mięsa, lepszy ocet, cebulę czy aromatyczne drewno.
W Europie lista wymagań dla obiektów kulinarnych zaczyna się od wyflizowanego na biało pomieszczenia o wysokości co najmniej 2,5 m z rozbudowanym systemem kibli, zlewozmywaków i dziesiątek urządzeń spotykanych wcześniej tylko w szpitalach i laboratoriach zajmujących się produkcją broni biologicznej.
A nie daj Boże gdyby ktoś zechciał serwować klientom jedzenie po ludzku na porcelanowych talerzach i metalowymi sztućcami - musi nabyć zmywarko-wyparzarkę (ceny najprymitywniejszych zaczynają się od 3-5 tys. zł). Jeśli restauratora nie stać na taki aparat zostają mu szalenie higieniczne ale nadające się do wszystkiego tylko nie do jedzenia jednorazowe sztućce i naczynia plastikowe.
To wszystko dla zdrowia i higieny obywatela - argumentuje eurobiurokrata chory na Manię Aseptyczną. Tyle że absurdalnie zawyżone wymagania sanitarne dają efekt całkowicie odwrotny. Statystyczny restaurator dysponuje względnie stałym zasobem środków finansowych, które są wydawane zgodnie z zasadą naczyń połączonych. Im więcej z miesięcznego przychodu wydajemy na wyparzarki i stoły chirurgiczne do krojenia cebuli, tym bardziej musimy oszczędzać na tym co stanowi trzon naszej działalności - czyli na właściwym jedzeniu.
A zatem, zamiast kupić miejscowy, świeży czosnek ogrodowy, restaurator raczej kupi chiński czosnek o świetnym wyglądzie ale pozbawiony wszystkiego tego za co to warzywo cenimy. W miejsce drogiego mięsa w kotlet położy więcej panierki lub do sznycla - mielonej bułki. Zamiast szczodrze położyć kotleta, ziemniaków i surówki raczej da klientowi wielki talerz. Zamiast drogiej oliwy użyje najtańszego oleju z siódmego tłoczenia wytłoków po biopaliwach i tak dalej. Naprawdę, ciężko jest w Europie znajeźć miejsce gdzie gotuje się smacznie i bez oszczędzania na wszystkim. Ale inaczej w tym biznesie nie da się wyżyć.
Dlatego właśnie w Rosji na każdym kroku można zjeść szaszłyk z czystego mięsa, a u nas co najwyżej hot-doga z papierowej bułki oraz chrzęszczącej mączką kostoną parówki.
Higiena i zdrowie, można powiedzieć, sa wartością najwyższą. Świetnie, tylko gdzie to zdrowie się podziewa? Jak można mówić o poprawie zdrowia mieszkańców Europy w wyniku ciągłego podnoszenia norm sanitarnych skoro 30% z nich łyka non-stop jakieś tabletki antyalergiczne, a prawie połowa dzieci rodzi się już z alergiami pokarmowymi? Doprawdy odległe musi być nasze codzienne pożywienie od naturalnych pokarmów, do których jesteśmy genetycznie przystosowani, skoro nasz organizm tak drastycznie reaguje.
Z innych ciekawych manii, jakie zapewne przejdą do historii światowej biurokracji można wymienić także Manię Niebieskiego Długopisu. Kto zetknął się z dotacjami unijnymi fakturując naiwniaka, który w nie uwierzył, ten wie, że aby została ona potraktowana jako koszt kwalifikowany musi być koniecznie podpisana Niebieskim Długopisem.
Ostatnio od znajomego regularnie przewożącego konie dowiedziałem o kolejnym ognisku tej epidemii jakim jest inspekcja weterynaryjna na granicy polsko-białoruskiej. Nie wpuszczono go do Polski bo dokumenty weterynaryjne koni, które przewoził nie były podpisane Niebieskim Długopisem. Musiał zostawić konie i wrócić 1,5 tys. km do eksportera po to by ten złożył swój podpis właściwym kolorem.
Właścicieli koni ucieszy zapewne wiadomość, że w ramach kultowej już "harmonizacji przepisów" zaostrzone zostały wymagania przewozu tych zwierząt, co niby jest skierowane przeciwko handlarzom koniną a dotknie głównie zwykłych właścicieli wożących konie do stanowienia lub na zawody.
Wprowadzony kilka lat temu wymóg posiadania paszportu przez każdego konia też miał ograniczać epidemie i nieludzkie transporty koni do Włoch. Dla zwykłych hodowców skończyło się na kosztownych i czasochłonnych wycieczkach z końmi do miejsca aktualnego przebywania inspektorów PZHK, a tymczasem wśród handlarzy funkcjonuje cały rynek używanych paszportów koni, które dawno poszły na kiełbasy.
Unijni urzędnicy tradycyjnie nie pomyśleli, że jedyny organ uprawniony obecnie do kontroli paszportów na trasie czyli zwykła policja drogowa jest w stanie jedynie policzyć ilość paszportów i nigdy nie będzie weryfikować ich zgodności ze stanem faktycznym.
I co? I nic. Wszyscy udają że tak być musi. Bo to już akurat typowo polska przypadłość - bezmyślność, pańszczyźniana potulność i brak samodzielności w myśleniu. W Holandii normami sanitarnymi nikt się nie przejmuje, bo gdyby zaczęli to musieli by pozamykać połowę kebab-barów i hoteli prowadzonych przez imigrantów (rasizm! faszyzm!). W Rotterdamie widziałem hotele, które nasz sanepid zamknąłby i otoczył kordonem sanitarnym. W Niemczech nikt się z kolei specjalnie nie przejmuje paszportami dla koni i wyrabia je właściwie tylko wtedy, kiedy istnieje ku temu sensowny cel hodowlany lub sportowy.
Tymczasem u nas najdurniejszy przepis jest momentalnie "harmonizowany" i egzekwowany z godnym lepszej sprawy zapałem, tak jakby miarą europejskości dla zakompleksionych urzędników była ilość linijek w kolejnych rozporządzeniach.



