"- Myśleliśmy, że pozbędziemy się takich zjawisk jak handel żywym towarem czy zmuszanie do prostytucji, ale to się nie udało. Stało się odwrotnie - gangów alfonsów wykorzystujących kobiety przybyło, większość prostytutek z Amsterdamu oddaje im część swych zarobków."
Ten cytat z wypowiedzi holenderskiego politologa cytowanego przez "Wyborczą" oddaje doskonale eksperymentalny charakter holenderskiego programu "redukcji szkód" ("harm reduction"), który od samego początku stawiają za wzór zwolennicy liberalizacji polityki państwa wobec zjawisk takich jak narkomania, prostytucja czy aborcja.
Legalizacja tych zjawisk ma prowadzić do objęcia ich kontrolą państwa, objęcie kontrolą państwa ma spowodować że będą one społecznie mniej szkodliwe bo nie będą odbywać się w podziemiu. Ale nie prowadzi i nie powoduje.
"Np. ubocznym efektem legalizacji miękkich narkotyków (która miała doprowadzić do lepszej kontroli nad nimi) był wzrost produkcji i spożycia marihuany."
Żeby się tego domyślić nie trzeba być doktorem nauk społecznych - wystarczy rozglądać się dookoła. To co jest zabronione, nie znika - istnieje na marginesie, zaspokajając potrzeby tych, którzy danego towaru bardzo potrzebują. Ale to co jest legalne tym bardziej nie znika, ani nawet nie istnieje na marginesie, tylko rozkwita wykraczajac daleko poza margines. I staje się biznesem, który sięga po tych, którzy danego towaru nie potrzebują bardzo, tylko trochę albo wcale.
Zdaje się, że Holendrzy zaczynają dostrzegać problem, o którym trafnie śpiewał zespół Afroman (tekst) Warto by zwrócili na to uwagę nasi rodzimi aktywiści, którzy tradycyjnie mają w takich sprawach laga w stosunku do Zachodu i z zapałem promują u nas idee, z których dawno się tam wycofano.
Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną sprawę. Czy holenderskie "harm reduction" jest pierwszym takim programem? Oczywiście że nie. Począwszy od amerykańskiej rewolucji seksualnej takie "rewolucyjne" programy w różnych dziedzinach wdrażano praktycznie w każdej dziedzinie życia społecznego. Te najbardziej rewolucyjne skończyły się najbardziej spektakularnymi porażkami.
Na przykład coś co nazywano "bezstresowym" lub "kreatywnym" wychowaniem i co miało polegać na "ochronie" dziecka od wszelkiego stresu. Czyli na przykład zakazów, bo każdy zakaz jest stresujący (spróbujcie nie kupić dziecku Chupa-Chups, które sobie upatrzyło). Oto niedawno, ku swojemu zdziwieniu przeczytałem w "Wyborczej" (która takie filozofie w latach 90-tych intensywnie promowała) niezwykle mentorski w swojej wymowie artykuł jakiejś pani psycholog, dowodzącej że stres spełnia w kształtowaniu psychiki ważną rolę i przystosowuje do życia w populacji. 100% racji, tylko dlaczego dopiero po 10 latach?
To świetnie, że czasami uczymy się na błędach. Tylko że ile dzieci i rodziców ucierpiało przez tę dekadę bezmyślnego promowania "bezstresowych" teorii? Jak trafnie napisał dzisiaj Ignacy o podobnych eksperymentach w dziedzinie finansów, ich wynalazcy "uważają się za zwolnionych od odpowiedzialności. Ilekroć ich nowe monstrum wymyka się spod kontroli, drapią się w głowy z niedowierzaniem i eksperymentują dalej".
Organizacje ekologiczne i ekologistyczne jak lwy walczą by kazda inwestycja była poprzedzona "oceną oddziaływania na środowisko". I słusznie - gdyby takie oceny prowadzono w przeszłości, to być może nie musielibyśmy dzisiaj wydłubywać zewsząd ton azbestu powsadzanych w różne miejsca w połowie XX wieku.
Czy jest jakiś racjonalny powód dlaczego nie należałoby robić tego samego w dziedzinie projektów społecznych?



